Stanowisko dowodzenia baterii „Göben” - las między Ognicą a Przytorem 14.01.2007r.

Obiekt wybudowany został na przestrzeni lat 1936-39. Zlokalizowany jest ok. 800 m od morza w lesie między Ognicą a Przytorem. Nazwę swą zawdzięcza generałowi Augustowi von Göben – dowódcy w wojnie Francusko-Pruskiej. Potocznie nazywany jest „Dzwonem” ze względu na kształt, zaprojektowany z myślą o rykoszetowaniu bomb lotniczych w przypadku nalotów. Ów kształt był rozwiązaniem koniecznym dla zwiększenia trwałości budowli o wysokości 18 m usytuowanej na wzgórzu, której kamuflaż na niewiele by się zdał. Szczyt siedmio piętrowego bunkra wyposażono w pancerną kopułę z dalmierzem optycznym o rozpiętości 12 m. W szerszej podstawie znajdował się schron dowodzenia baterii nabrzeżnej. W kondygnacjach podziemnych znajdowała się elektrownia i pomieszczenia techniczne. Na wyższych piętrach łączność, skąd kierowano ogniem trzech dział kalibru 283 mm, których teoretyczny zasięg miał wynosić 36 km. Kiedy prace nad wyposażeniem baterii były na ukończeniu wybuchła wojna. W 1940 r. Niemcy zdemontowali działa i przewieźli je na wyspę Tarava w Norwegii. Sam bunkier zaadoptowano jako punkt kierowania ogniem baterii „Vineta”. W okresie powojennym wykorzystywali go Międzyzdrojscy artylerzyści. W 2001 r. pancerz dalmierza zastąpiono nadbudowanym punktem ostrzegania przeciw pożarowego Lasów Państwowych. Dziś jest poddawany renowacji i zostanie udostępniony zwiedzającym, jako jedyny i niepowtarzalny tego typu obiekt w kraju stając się obowiązkowym punktem na „Trasie Fortyfikacji”.





Fort "Anioła" Werk II "Engelsburg" - Świnoujście 13.VIII.2005r.

O wzniesieniu fortyfikacji u ujścia Świny zadecydowano w 1846 roku. Prace rozpoczęto 2 lata później po duńskiej blokadzie fortu. Zaplanowano wybudowanie dwóch kompleksów warownych, w skład, których miały wchodzić 4 forty. Na północy była to forteca artyleryjska oraz broniący ją Werk II. W latach 1854-1858 fort otoczono dwoma wałami ziemnymi oraz fosą, nad którą z bramy obronnej przerzucono zwodzony most. Wewnątrz obwałowania wzniesiono 3-kondygnacyjną budowlę usianą wokoło kazamatami strzelniczymi. Na parterze stacjonowała piechota, na piętrach artyleria lekka oraz armaty wciągane przez otwory w stropach. W roku 1853 miasto miało już stały garnizon. W 1864 zostało twierdzą morską III-ej rangi obsadzoną batalionem z II-ego Regimentu Grenadierów. Wojna z Danią (1864), z Austrią (1866) i z Francją (1870-1871) zadecydowały o przebudowie fortów. Modernizację ukończono w 1880 roku. W wałach umieszczono 3 schrony dla armat oraz magazyn amunicji. Szczyt wału wieńczyło 5 stanowisk artyleryjskich (rawelinów) dających możliwość dalekiego ostrzału przedpola. Fort posiadał sieć elektryczną, telegraficzną i telefoniczną. Doprowadzono kolej wąskotorową. Zbudowano schron obserwacyjny i schron dla KM-ów obsadzony żołnierzami 34-go Regimentu Piechoty. W międzywojniu stanowił część koszar, lecz swą konstrukcją nie odgrywał większej roli. Przed wybuchem II-ej wojny światowej przy południowo-zachodniej ścianie wzniesiono betonowy bunkier mieszczący kotłownię oraz pomieszczenie filtrowentylacji. Obiekt wyposażono w pancerne, hermetyczne drzwi i okna. W starym schronie uruchomiono agregat prądotwórczy. Do maja 1945 roku fort obsadzało dowództwo obrony powietrznej miasta i portu (Flugabwehrkommando), na potrzeby, którego basztę przedłużono o betonowy bunkier z masztem stacji radiolokacyjnej. Fort "Anioła" obsługiwali marynarze z III Oddziału Obserwacji Powietrznej (Marine Flugmelde Abteilung) a pod koniec wojny urządzono tu szpital polowy dla żołnierzy Wehrmachtu. Załoga nie stawiając oporu ewakuowała się drogą morską. Od ukończenia wojny aż do 1992 roku fort zajmowali Rosjanie pełniąc rolę posterunku obserwacji powietrznej i punktu łączności z okrętami Floty Bałtyckiej. Po ich wycofaniu się obiekt przekazano władzom miasta Świnoujście.





II Europejski Zlot Pojazdów Militarnych - Boryszyn
1-3.V.2004r.

Sobota 1 Maja.

Wyjazd zaplanowaliśmy na sobotę 1 maja o 7:15 z Ponieca. Chase i Ciota spóźnialstwo mają opanowane wręcz do perfekcji jednak tym razem przyjechali jakieś 40 minut przed czasem, dzięki czemu musieliśmy pakować się na wariata. Wyjechaliśmy zgodnie z planem o 7:15 w składzie Mumik, Urek, Chase, Ciota oraz Xena. Na miejsce wyznaczonego, płatnego parkingu dotarliśmy około 10:00. Nie skorzystaliśmy z dobrodziejstwa straży pożarnej i zaparkowaliśmy nieopodal za friko. Po dokładnych oględzinach terenu przyszedł czas na kamuflaż. Wychodzimy na pole namiotowe wprost z lasu w pełnym rynsztunku. Mijamy ekipę szepczącą cos po angielsku i robiącą nam zdjęcia ukradkiem. Papparazzi ? W końcu zza wzgórza wyłania się sylwetka haubicy, do której od razu zmierzamy. Tak to Goździk w całej okazałości i to na chodzie !!! Zjechało się sporo motocykli i terenówek od Wyllys'a po Gazika. Były też dwie ciężarówki Mercedesa no i prawdziwy Behemoth szos - rosyjski ciągnik siodłowy Kraz !!! Jak co roku stoiska z mundurami i sprzętem militarnym były gęsto oblegane. Na scenie jeszcze nic się nie dzieje, więc z Mumikiem i Xeną udajemy się na papu pod 766. Dołączają do nas Chase i Ciota i wspólnie uderzamy na doły. Zaliczamy Pętlę Boryszyńską aż kipiącą od turystów zahaczając Pz.T 1 "Koloseum" i część kanału odwadniającego i kierujemy się GDR'em na północ. Odwiedzamy 766, 715, 713 i wychodzimy moim ulubionym 783 na kawę. Wracamy na miejsce zlotu. Powoli się rozkręca. Na scenie gra właśnie Dżem a w przerywnikach jakiś szołmen prowadzi konkursy i zabawy :) Moją uwagę przywiązały jednak terenówki taplające się w błocie i cudowne dźwięki silnika Kraza. Aby tradycji zlotowych stało się zadość zaczyna lać. Zostawiamy auto wraz z atrapami broni i częścią ekwipunku w okolicy Nordu i znów korzystając z 766 znikamy w ciemnościach. Dochodzimy do 719 i tu postanawiamy spędzić noc. Kolacja przy świecach i zapadamy w hibernację.


Niedziela 2 maja.

Bardzo wczesny, zimny poranek. Wraz z Mumikiem udajemy się skatalogować 719. Okazuje się, że przez wypiłowany właz można się przecisnąć na zewnątrz. Niestety dane to jest tylko tym, którzy przedawkowali Slimfast :) Mumik wraca po resztę ferajny i nasze graty. Dzięki swoim rozmiarom będzie jadł śniadanie wewnątrz :) Wracamy do panzerwerka i dzielimy się na dwie grupy. Ja i Mumik penetrujemy 720 z zachowanymi jeszcze resztkami mechanizmów wyrzutni granatów i miotacza ognia. W głównym tunelu prowadzącym do tego panzerwerka przyciąga naszą uwagę bardzo ciekawa anomalia dźwiękowa. Jest takie miejsce gdzie tunel zmienia barwę z szarej na białą i w tym właśnie miejscu dzieje się coś bardzo ciekawego. Otóż szary odcinek tunelu doskonale przenosi fale dźwiękowe (echo, pogłos) natomiast jego biała część tłumi nawet głośniej wypowiedziane słowa niemal zaraz przy ustach. Przypominam, że to jednolita betonowa konstrukcja a nie sztuczka Davida Copperfielda. Reszta obiera kierunek Friedrich. Nasza ekipa podąża do wjazdu na Dworzec A64. Odgięta blacha w kratach umożliwia wypełźnięcie z tunelu. Niedaleko stąd znajduje się coś na kształt wiaty. Może dawniej hangar lub magazyn. Nad wjazdem do tunelu znajdujemy szyb i komin wentylacyjny. Nie napotkaliśmy do nich wejścia z tunelu !!! Wracamy na umówione z resztą miejsce. W okolicach Dworca Ludwik udaje mi się "zaliczyć studzienkę" - wpadam w kilkumetrowy szyb zalany wodą. Żadnego złamania, zadrapania, zbicia. Nic poza kąpielą w przeraźliwie lodowatej wodzie w i tak już chłodnym tunelu. Skoro już i tak byłem mokry postanowiliśmy wszyscy udać się na "Pętlę Nietoperską" - dosyć mocno zalany rejon tego labiryntu. Najpierw odbijamy na 726 gdzie woda jest wyjątkowo ciepła a następnie wychodzimy 724-ką. Na zewnątrz masa narodu - wycieczka z Niemiec. Tutaj robimy obiad, obowiązkową kawę i suszymy odzież i obuwie. Wracamy do włazu i okazuje się, że jest zamknięty. Otwierają go tylko dla turystów czy jak ? Zmuszeni sytuacją kierujemy się powierzchnią na 783. Spotykamy tu ekipę, którą mijaliśmy pod 724. Planujemy zejść na dół, ale Mumik wykazuje się wielką przezornością a może nawet szóstym zmysłem. Proponuje abyśmy najpierw poszli sprawdzić czy auto Chase'a stoi tam gdzie je zostawił. No i się zaczęło. Po aucie nie zostały nawet ślady opon :( Wszystko, co mogliśmy zrobić to soczyście sobie poprzeklinać. Po zgłoszeniu na policję jakiś geniusz kazał nam przyjść do Świebodzina (20 km może więcej), aby złożyć oświadczenie. Mieliśmy wtedy już jakieś 30 km w nogach a była 23:00 i przeraźliwie zimno. Ogrzaliśmy się przy ognisku na opustoszałym parkingu i postanowiliśmy przespać się z tym problemem w zakamarkach Pętli Boryszyńskiej.


Poniedziałek 3 maja.

O świcie Ciota zakombinował, aby jego ojciec po nas przyjechał do Kaławy. Ja i Mumik musieliśmy wracać do pracy a sam Ciota dostał na 4 maja wezwanie do JW w Wałczu. Tak, więc wspólnie z nami spędził wieczorek kawalerski :) Chase z Xeną udali się do Świebodzina na policję. Stamtąd miał odebrać ich znajomy. Oczywiście to jeszcze nie koniec. Ojciec Cioty wyrzucił nas w Gostyniu. Cóż musieliśmy iść dalej pieszo. Zostało jeszcze 20 km, kiedy już nie mieliśmy z Mumikiem ani grama sił, ani nadziei na zatrzymanie jakiegoś auta. Wycieńczeni do granic możliwości, głodni i obolali czekaliśmy na naszą jedyną nadzieję - Miśka. Dobrze, że są jeszcze tacy ludzie jak Ona. Do Ponieca dotarliśmy punktualnie o 20:00. Moje obtarte od dziesiątek kilometrów nogi cudem dowlekły mnie do domu. Tak oto dzięki upartemu Chase'owi, który postanowił na przekór mnie i Mumikowi zostawić auto w lesie obok parkingu poniedziałek był dla nas horrorem. Gdyby zaparkował u wylotu bunkra gdzie było mnóstwo ludzi nigdy by do tego nie doszło. Ale co tu gdybać. Mimo wszystko bawiliśmy się przednio i nawet ten smutny, końcowy epizod nas nie zniechęcił do kolejnej wyprawy, którą mamy zamiar zorganizować już wkrótce !!!


Specjalne podziękowania dla:

Chorążego Sztabowego za uraczenie nas grochówką przed sceną.
Rockersów, którzy podarowali nam smalec ze szczypiorkiem pod Pz.W. 724.
Synowi sołtysa Nietoperka za wodę i miłą rozmowę.
Ekipie z Poznania za wsparcie na opustoszałym parkingu i ciepło ogniska.
Miśkowi za litość i szczęśliwe dowiezienie do domu.





Tczew - most "Knybawski" 12.VIII.2003r.

32 km od Gdańska w kierunku Malborka znajduje się niewielka miejscowość Tczew. Miasto leży nad Wisłą, przez którą rozciąga się jeden z mostów - cel naszej wyprawy. Przechodzimy starym, zniszczonym mostem na wschodni brzeg. Cztery ogromne wierze będące przedłużeniem przęseł wystają nad stalowe żebra mostu. Konstrukcja dosyć dziwna - most jakby z trzech różnych części. Dosyć mocno pokiereszowany a owe wieżyczki wyglądały na ostrzelane Po naszej lewej, całkiem niedaleko biegnie most kolejowy, po prawej w oddali na linii horyzontu rysuje się most nazywany przez tubylców "Knybawskim". Przechodzimy wałem przeciwpowodziowym i w końcu docieramy do wschodniego umocnienia mostu. Piękna, monumentalna i zaskakująca perfekcją wykonania budowla !!! Najbardziej urzekło mnie to, iż obiekt wygląda jakby został ukończony wczoraj - jest w doskonałym stanie !!! Zza grubych, pancernych płyt przez kazamaty zerkają ciemne czeluści. Za wałem znajdujemy tunel a w nim pięć stalowych drzwi. Dwie po jednaj i trzy po drugiej stronie. Dwie pierwsze są otwarte !!! Niestety nie mamy sprzętu niezbędnego do pełnej penetracji obiektu :( Katalogujemy obiekt z zewnątrz. Udajemy się przez most na zachodni brzeg. Tutaj umocnienie wygląda inaczej niż po drugiej stronie Wisły. Po obu stronach na pewnej wysokości znajdują się pancerne płyty bez otworów strzelniczych. Schody z boku mostu prowadzą nad brzeg rzeki. Niby nic, ale przecież coś tu musi być. Zatrzymuję się na półpiętrze, na wysokości przęsła i wdrapuję się na nie. Kucając przechodzę pod konstrukcją mostu i staję jak wryty. Tutaj, na szczycie przęsła, między konstrukcją nośną mostu znajdują się kolejne pancerne drzwi !!! Te z lewej są otwarte, na prawych wisi kłuta. Obiekt to prawdziwy labirynt. Musimy tu jeszcze wrócić ze sprzętem i dokładnie wszystko skatalogować !!!

Warto zobaczyć !!!





Brzednia 20.V.2003r.

Niespodziewany telefon, szybka wymiana informacji i dogranie szczegółów. Jedziemy do Brzedni !!! Ekipa ląduje w Poniecu, mamy jeszcze chwilę - czekamy za Miśkiem, więc dla wprowadzenia nastroju oglądamy "Predator'a". O 14-tej podjeżdżamy po Julkę i obieramy kierunek na Dolsk. Po drodze jeszcze mały postój w Gostyniu, uzupełnienie sprzętu i naprzód. 16:30 pod leśniczówką, Chase wyjaśnia jakiemuś kolesiowi cel naszej wizyty. Wreszcie idziemy do "małpiego gaju". Po kolei zaliczamy wymyślne przeszkody, pstrykamy pamiątkowe fotki. Powrót z "pajączka" po trzęsącej się kładce kończy się miękkim lądowaniem Izy w cuchnącej breji - śmiechu, co niemiara. Jedyny szkopuł - kolejny raz brak właściciela i możliwości uruchomienia kolejki - no cóż. Po obskoczeniu wszystkich stanowisk ładujemy się do wozu i walimy nad jezioro. Tam, co niektórzy urządzają sobie suszonko a reszta papu. Ponton ląduje na wodzie, małe pływanko - ekstra !!! Powoli się ściemnia, część ekipy rusza na rekonesans w kierunku Brzedni, tam urządzają sobie podchody. Reszta pilnuje ogniska i bambetli. Przed północą ruszamy w drogę powrotną.

Było nieźle !!! Tak trzymać !!!





Zlot Pojazdów Militarnych w Boryszyniu 2-4.V.2003r.

2 maja, 7:25 rano, Chase i Ciota podjeżdżają klubowym Humwee na rynek w Poniecu. Ładujemy moje bety, dogadujemy szczegóły i naprzód. W tym czasie Partyzant (Maciej) razem z Robertem z Poznania i dwoma Rosjanami - Igorem i Miszą z St.Petersburga są już w Świebodzinie i uderzają autobusem do Kaławy. Po drodze zabieramy moją lubą, czyli Miśka (pięknie wygląda w tym stroju), a w Lesznie dołącza do nas jeszcze Iza (Xena) i w piątkę jedziemy dalej. W trasie okazuje się, że przednie opony w Humwee trą o nadkola i się palą :) Mały postój i wymiana lewej na zapasową. Potem wlecieliśmy jeszcze w dziurę w asfalcie - znowu postój, ale wszystko gra - jedziemy dalej. Kierując się strzałkami informującymi o zlocie dojeżdżamy na miejsce - jest około 10:45. Mijamy stojącego na poboczu Willys'a i wjeżdżamy na miejsce dżampy. Okazuje się, że główne atrakcje zaczynają się dopiero jutro, a na miejscu trwają dopiero ożywione przygotowania. Wyładowujemy sprzęt i nawiązujemy "łączność satelitarną" z ekipą Macieja. Są całkiem niedaleko jakieś 350m obok Nodru. Po wejściu na pobliskie wzgórze widzimy ich nawet przez lornetkę. Poprawiamy oporządzenie i w drogę, ale upał. Humwee zostaje na miejscu. Krótki marsz i spotykamy się wreszcie. Od razu rzuca się w oczy, że to Ruskie !!! Wyglądają super w tych swoich mundurach i bandanach na głowie - bardzo elegancko :))) Mały "nice to meet you" i schodzimy Nordem w dół. WHOW - to jest to, od razu czujemy przypływ adrenaliny i podniecenia, nareszcie u celu, tego nam brakowało !!! Zmiana klimatu, można odetchnąć chłodniejszym powietrzem. Kierujemy się na północ GDR-em na 730-tkę. Po drodze ładujemy się jeszcze na trudno dostępny Pz.W. 715/714. Mocno przerdzewiałe schody, czasami brak poręczy, ale wiksa. Misiek tuż za mną. Okazuje się, że obiekt jest od góry zaczopowany, trudna droga powrotna - uff, udało się, znowu na dole. Prowadzi nas Robert, tym razem na 713, tam jest dopiero ciężko, miejscami w ogóle brak schodów, potrzeba wspinania się po rusztowaniu z plecakiem na karku. Razem z Miśkiem rezygnujemy i postanawiamy iść dołem na północ, umawiamy się pod Pz.W. 783, reszta wydostaje się na górę i idzie lasem. Po pół godzinie docieramy z połowicą na miejsce, wychodzimy na zewnątrz, rozpalamy ogień, czas na posiłek, czekamy - naszych nie widać, okazało się później, że pobłądzili w tym lesie :))) Posileni czekamy dalej, w eter idzie kolejny SMS. Co chwilę jakieś grupy wychodzą z dołu, naszych nie ma. Postanawiamy ich poszukać kierując się górą na 713-tkę. Też błądzimy i dochodzimy z powrotem do punktu pierwszego zejścia - no cóż, z powrotem na dół :))) Kierujemy się na 730-tkę - nasz główny cel !!! Po drodze w oddali widzimy światła, dużo świateł, po chwili stłumiony huk eksplozji - to na pewno nasi !!! Mam rację, krótka wymiana informacji i całą ekipą ruszamy dalej. Stąd na 730-tkę to jakieś 4 km, mijamy dwie przewrócone bramy, czasami brodzimy po kilka centymetrów w wodzie. Około 17:00 jesteśmy u celu - 730 - obiekt dla prawdziwych twardzieli, totalny brak schodów, stoi tylko konstrukcja. Perspektywa 40-metrowej wspinaczki bez zabezpieczenia po przerdzewiałych prętach nie każdemu przypada do gustu. Niektórzy próbują, ale po paru metrach rezygnują, jest naprawdę ciężko. Zasiadamy w korytarzu obok i dyskutujemy, co robić. Robert zostaje w 730, czeka na kumpli mających się zjawić około 20-tej. Ja z Miśkiem postanawiamy się cofnąć kawałek i przenocować w pomieszczeniu, które mijaliśmy po drodze, reszta postanawia wrócić do Boryszynia i tam się zabawić na zewnątrz. Jak postanowiliśmy tak zrobiliśmy, była jeszcze opcja wyjścia na zewnątrz przez AG2, ale większości perspektywa brodzenia po kolana w wodzie wydała się mało pociągająca. Noc minęła szybko, nawet nie zmarzłem, mimo, że to Misiek spał na mojej karimacie. Rano zaznaczyliśmy naszym logiem teren i na przekór wszystkim postanowiliśmy uderzyć dalej na północ, na AG2, aby wyjść na zewnątrz. Żona założyła pończochy od OP-1, pożyczone od Chase'a, ja trampki i naprzód. Początkowo luzik, po kostki, potem skręcamy na "Annę", coraz głębiej, aż w końcu po kolana, woda lodowata, dwa przystanki żeby przywrócić krążenie w stopach. Szukamy tego kanału odwadniającego, wreszcie jest - dziura w ścianie 80x60 cm, z boku drabinka, jest nadzieja - w oddali promyk dziennego światła, ale najgorsze przed nami. Dobrze tylko, że nie ma tutaj dużo wody - najwyżej 5-10 cm. Tunel okazuje się strasznie niski, musimy brnąć prawie po czworakach, do tego strasznie przeszkadzają plecaki nieprzerwanie trące o sufit. Uff, co chwilę przystanek, dyszymy ciężko, mięśnie ud i łydek nie wytrzymują. Wiemy, że musimy dotrzeć, światło dzienne coraz bliżej, wreszcie wychodzimy na zewnątrz - OB. 2547. Udało się, wreszcie możemy odpocząć. Żałuję tylko, że reszta ekipy tego nie doświadczyła, tutaj naprawdę była jazda. Jestem dumny z Miśka !!! Po 20 minutach naszym, ciepłym jeszcze śladem wychodzi Robert. Nie spotkał się z kumplami, później okazało się, że byli, pod 730 ale go nie widzieli bo spał gdzieś wyżej. W trójkę uderzamy górą z powrotem na Boryszyń. Robert jednak nas wyprzedza i tracimy z nim kontakt. Docieramy do jakiejś wiochy - to chyba Kęszyca. Tutaj "łapiemy stopa" - biały pickup załadowany gośćmi żywcem z Iraku - pełen wypas !!! Półgodzinna mordercza jazda leśnymi wertepami na pace - coś niesamowitego, czasami mieliśmy wrażenie, że to nasza ostatnia przejażdżka, ale szczęśliwie docieramy z powrotem na zlot. Tutaj najprawdziwsza burza piaskowa, widoczność na 20 m. Dosiadamy się do ogniska, robimy papu i kawę, czekamy na kontakt z resztą. Wkrótce dołącza do nas Maciej, który był odprowadzić Rosjan wracających do domu. Sołdaty są niemożliwi, zostawili im kupę sprzętu. 2 latarki MAG-LITE'a, którymi można "wbijać gwoździe", dobre 40 m wyborowej, cienkiej linki z karabińczykiem, mundur a'la "Tiger" dla Macieja i maskująca narzuta-bluza i spodnie dla Cioty - coś niesamowitego, co za goście !!! Zlot się dopiero rozkręca, coraz więcej zajebistego sprzętu i wiary w klimatach, chociaż nie brakuje i dresów. Robimy parę pamiątkowych zdjęć, po dotarciu reszty, która jak się okazało szukała nas na dole. Potem ognisko w lesie, papu, pełen wypas. Pod wieczór niewiasty z Ciotą zostają na górze, ja z Chase'm i Maciejem schodzimy na dół poszperać trochę po Pętli Boryszyńskiej i zaznaczyć naszą obecność spray'em. Wkrótce wychodzimy, mała dysputa, kto, gdzie śpi. Ciota z Izą na górze w samochodzie, reszta na dole. Bunkrujemy się gdzieś w kanale odwadniającym za podwójnymi blaszanymi drzwiami, spędzamy tam noc. Gdzieś koło 2/3-ej Chase nie wytrzymuje i wyłazi na zewnątrz, aż tak zimno. Biorę od niego karimatę i śpimy dalej. Pobudka o 6-ej, wyjście na górę, śniadanko, kawa, no i cóż ... powrót do domu :(((

Wrócimy tu jeszcze na pewno !!!





MRU 15-16.II.2003r.

Krótki rys historyczny.

Obszar wewnątrz łuku utworzonego przez Odrę i Wartę pokryty jeziorami i ciekami wodnymi. Pojezierze Lubuskie, których zagęszczenie na wschodnim krańcu stanowi naturalną granice tego obszaru zwanego "Bramą Lubuską", która jest położona na centralnym kierunku strategicznym w Europie na osi Paryż, Berlin, Warszawa, Moskwa. Prace fortyfikacyjne nad FF OWB rozpoczęto na mocy decyzji Hitlera wiosną 1934 roku. Mimo, że ostateczna koncepcja nie była jeszcze dopracowana Inspektor Saperów i fortyfikacji postanowił zamknąć "Bramę Lubuską" prowizorycznymi zaporami na linii Nischitz-Obra, miały ją tworzyć uregulowane strumienie łączące jeziora, oraz schrony bojowe broniące ważniejszych dróg. Prace trwały 4 lata, po czym niemiecki blitzkrieg na wschód spowodował ich wstrzymanie. Dopiero radziecka ofensywa przypomniała Niemcom o tych umocnieniach i w listopadzie 1944 roku na mocy decyzji Szefa Sztabu Wojsk Lądowych Heinza Guderiana MRU włączono do Linii Nibelungów - Wału Pomorskiego oraz umocnień górnej Odry. Międzyrzecki Rejon Umocniony składał się z trzech pasów: pasa przesłaniania, głównego pasa obrony i tyłowego pasa obrony. Pozycje przesłony tworzyły umocnienia typu polowego oparte na ciągu jezior i rozlewisk Obniżenia Obrzańskiego. Główne pozycje obrony mieściły się za przeszkodami wodnymi a tam gdzie było ich brak za głębokim rowem przeciwczołgowym, którego nasyp umacniało od 4 do 7 rzędów betonowych słupów zapory zwanej "zębami smoka". Za przeszkodą wodną ciągu jezior i kanałów i "zębami smoka" przebiegały różnego rodzaju przeszkody polowe, zasieki, pola minowe, okopy. Z kolei za tak rozbudowanym przedpolem usytuowano schrony średniej odporności B, B1 i B1alt tzw. Panzerwerki (pancerne działo), których międzypola zabezpieczano dodatkowo stanowiskami typu Tobruk-Ringstag 58c w ilości około 200 na całej linii umocnień. Na schronach bojowych instalowano kopuły pancerne wykonane ze specjalnego plastycznego stopu stali o wadze 34 ton. Schrony te uzbrojone były w działko przeciwpancerne PAK KL/64 kalibru 37mm (Pak im Kasematte), dwa karabiny maszynowe MG 34 kalibru 7,92mm o szybkostrzelności 400 strz/min, granatniki automatyczne M19 kalibru 50mm o szybkostrzelności 120 strz/min, oraz miotacze ognia FW o zasięgu 50m. System posiada podziemną główną drogę ruchu GDR o długości 11,5 km na średniej głębokości około 30m na linii Kursko-Boryszyń. Główna pozycja pasa obrony przebiegała południkowo przez miejscowości: Skwierzyna, Bledzew, Kursk, Wysoka, Boryszyń, Lubsza, Mostki, Przełazy, Ołobok. Przeciętny schron bojowy - Panzerwerk - sięgał kilka kondygnacji w głąb a pancerze jego kopuł miały 20 do 35cm. Obiekty MRU obsadzał 86 batalion cekaemów fortecznych i 103 batalion forteczny piechoty. Załoga liczyła około 2000 żołnierzy. Do obrony rejonu skierowano także V Korpus Górski SS ściągnięty z Bałkanów, który jednak nigdy nie dotarł na miejsce. Niemcy zakładali, że fortyfikacje MRU załamią działania radzieckich wojsk I frontu Białoruskiego. Plany te pokrzyżowała 44 Brygada Pancerna Gwardyjskiego Korpusu płk. Józefa Gusakowskiego. Pozycje przesłaniania na linii Trzciel-Zbąszyń radzieckie wozy pancerne przełamały wprost z marszu. Późnym wieczorem 29 stycznia 1945 roku czołgi 44 Brygady zbliżyły się do wsi Wysoka gdzie znajdował się najsilniej ufortyfikowany odcinek pozycji głównej. Korzystając z osłony ciemności i dział czołgowych radzieccy saperzy zerwali przeszkody przeciwczołgowe w następstwie, czego czołgi płk.Gusakowskiego, nie ponosząc strat przejechały przez wieś Wysoka i skierowały się na zachód w kierunku Sulęcina. Jedyny opór stawiła im w nocy z 29/30 stycznia załoga Pz.W. 775, ale i ona wkrótce wycofała się z walki. Na innych odcinkach broniły się (sporadycznie ale zawsze) poszczególne obiekty np. GW LIETZMANN w Mostkach na południu, GW LUDENDORFF w okolicach miejscowości Stary Dworek na północy.



Raport z wypadu.

Sobota 15 II 2003 godz. 6:50 - opuszczamy Poniec. Po przejechaniu 150km dojeżdżamy na miejsce docelowe - Kaława. Tutaj zostawiamy auto i dalej udajemy się pieszo. Mijamy Pniewy i schodzimy z drogi w kierunku lasu na poszukiwanie jednego z wejść do ufortyfikowanych podziemnych sieci tuneli. Oglądamy kazamaty Panzerwerka 717 - wejście niestety zamknięte. Dzielimy się na dwie ekipy: Urek i Mumik oraz Chase i Maciej. Dzięki świetnym krótkofalówkom Macieja mamy fantastyczny kontakt, co bardzo ułatwia poszukiwania. Wejście znalazła nasza ekipa o 12:15. Godzinę później, po dotarciu drugiego zwiadu i wspólnym posiłku schodzimy na dół. 40 metrów w głąb ziemi !!! Tam na nas czeka ponad 32km betonowych labiryntów !!! Na dole panuje stała temperatura +10'C, absolutna ciemność i cisza, którą raz na jakiś czas przerywa cichutki pisk nietoperzy. Tunele są bardzo zróżnicowane. Od bardzo wąskich przejść mogących chorych na klaustrofobię przyprawić o śmierć do wielgachnych tuneli, którymi mogłyby jeździć ciężarówki. Jest to największa na świecie sieć połączonych podziemnych fortyfikacji. Nawet francuska linia Maginota nie ma takich rozmiarów. Jest tu cała masa korytarzy i miejsc opatrzonych napisem: "Wejście grozi śmiercią". Właśnie te postanawiamy sprawdzić w pierwszej kolejności. W sumie udaje nam się zwiedzić około 2/3 całego obiektu. Zaliczamy "Pętlę Boryszyńską" i dwa wyjścia na powierzchnię. Udajemy się na północ. Jest jeszcze tyle do spenetrowania. Niektóre korytarze kończą się ścianą lub zawałem. Im bliżej "Pętli Nietoperskiej" tym gorsza trasa. Na ścianach nie ma już graffiti zamiast nich są mineralne nacieki podobne do jakiejś krwawej mazi. Choć do złudzenia przypominają miękki nalot są jednak twarde i lśniące niczym porcelana. Od czasu do czasu w chodnikach pojawiają się studzienki głębokie na kilka metrów mogące nieźle pokiereszować nieostrożnego przechodnia. Korytarze są coraz bardziej zniszczone, płytki chodnikowe wymyte przez wodę a powietrze stęchłe i przesiąknięte wilgocią. Docieramy w końcu do rozwidlenia dróg. W tym miejscu kończy się betonowy chodnik i urywa się torowisko. Zaczyna się błoto i coraz głębsza woda. Jest zbyt zimna i głęboka, aby kontynuować penetrację bez odpowiedniego sprzętu. Musimy się wycofać :( Spotykamy ekipę z Poznania, która bywa tu niemal, co tydzień. Mają bardzo dokładną mapę tego labiryntu. Tu wielkie dzięki za rady i wskazówki zwiedzenia ciekawszych miejsc. Niedziela 16 II 2003 godz. 10:10 - wychodzimy na powierzchnię. Żal opuszczać to urocze i tajemnicze miejsce. Planujemy już powrót z odpowiednim sprzętem i zamierzamy zdobyć "Pętlą Nietoperską i całą resztę północnej części tego obiektu !!!





Brzednia 27.X.2002r.

Kompleks szkoły przetrwania niedaleko leśniczówki Brzednia znajduję się między miejscowościami Cichowo (znanej z kręconych tam zdjęć do filmu "Pan Tadeusz") a Dolsk. Około 12km na północ od Gostynia w linii prostej. W niedzielę 27 października udaliśmy się tam 5-osobową ekipą w celu oderwania się od nudnej rzeczywistości i nabrania energii w obcowaniu z naturą. W pierwotnym planie na miejsce samej akcji mieliśmy się przeprawić przez jezioro Mórka łódką. To jedno z najgłębszych jezior w Wielkopolsce !!! Jednak na miejscu okazało się, że łódka wyparowała :) Niezrażeni początkowym niepowodzeniem przedarliśmy się słuchając "Long Tall Sally" Little Richard'a naszym "polskim Hammerem" do punktu docelowego. Tutaj mimo wcześniejszych zapewnień ze strony naszych qmpli z Gostynia, okazało się, że główna atrakcja naszej eskapady - "kolejka amerykańska" niestety, ale nie będzie nam udostępniona. No cóż, kolejne niepowodzenie także nas nie zniechęciło i postanowiliśmy skorzystać z dobrodziejstw innych urządzeń typu: "ściana płaczu", "kret", "małpi gaj" i dobrze się bawić. Mimo niesprzyjającej aury ("troszkę" siąpiło) dobrze wykorzystaliśmy dany nam czas. Przy okazji zauważyliśmy, że podeszwy "desantów" i innych używanych przez nas butów słabo trzymają się wilgotnego podłoża, co było powodem wielu przezabawnych "niespodzianek". Niedzielne popołudnie zamiast przed ekranami telewizorów, spędziliśmy znowu w takim stylu, jaki nam odpowiada najbardziej !!!